Wybiła punkt dwudziesta pierwsza. Pierwsze burzowe chmury spowiły Magnolię, zasłaniając rozgwieżdżone niebo piętrzące się nad miastem. W ciemnym apartamencie na przedmieściach, na bujanym fotelu siedział dość wysoki i masywny mężczyzna. Siedział skulony, zupełnie bez życia, wyglądem przypominający zepsutą lalkę. Upił łyka Jack'a Daniels'a i westchnął, przecierając twarz dłonią. Z zainteresowaniem nasłuchiwał jak pierwsze krople deszczu, agresywnie obijają się o przezroczystą szybę, zostawiając na niej różnej wielkości smugi. Spojrzał na horyzont za oknem. Nagle, jasna, rozgałęziona błyskawica przecięła nieboskłon, a kilka sekund później jego uszu doszedł odgłos grzmotu.
Trzymając w dłoni złotą obrączkę ślubną, obracał nią na wszystkie strony, bawił się, zakładał na palec i ściągał aż w końcu zaczął się jej przyglądać. W końcu po jej wewnętrznej stronie dostrzegł wygrawerowany napis: Cornelia. Minęło już trzynaście lat odkąd stracił jedyną kobietę w swoim życiu, którą kochał całym sercem. Jej nieobecność była jak ćmiący ząb. Tęsknił za nią. Czasem tęsknota słabła, ale gdy tylko spojrzał na owoc ich miłości, ich ukochaną córeczkę, wracała dwukrotnie wzmocniona. Każdego roku, rozgoryczenie i złość coraz bardziej wzrastały. Na samego siebie, bo to przecież z jego winy, ukochana nie żyła. Sięgnął po kolejną butelkę whiskey i wypił całą jej zawartość jednym haustem.
Wierzchem dłoni przetarł krople alkoholowego trunku, które płynęły beztrosko po jego podbródku.
Otulony przez uspokajającą ciszę i ciemność, w samotności znów zaczął się upijać.
Zastanawiał się, kim jest, gdzie jest, jak mógł tak skończyć. Kiedy to wszystko tak diametralnie się spieprzyło. Potrzebował chwili na zebranie myśli, jednak umysł zamroczony alkoholem niezbyt chciał z nim współpracować.
Kolejna wibracja telefonu komórkowego, leżącego na stoliku, zaskoczyła go. Kto go mógł nawiedzać o tej porze? Nie miał ochoty z nikim rozmawiać, bynajmniej nie tego dnia.
Jednak irytujący przedmiot nie miał zamiaru dać mu spokoju, więc chwycił komórkę i odblokował ekran.
Nagle odgoniony bijącym światłem wyświetlacza, zaklął pod nosem wiązankę przekleństw. Szybko najechał na wiadomości.
No, gdzie ty jesteś?! Potrzebne wsparcie.
Co go to obchodziło? Nie miał dziś na to wystarczająco dużo sił.
Rzucił telefonem gdzieś w kąt. I znów spowiła go cisza. Tak piękna, tak niezwykła w swojej prostocie.
...
Kurwa, by to jego jebana mać była!
Tak w myślach przeklinała Cana, kiedy po godzinach pracy, musiała wracać w deszczu do domu, na dodatek po ciemku. W białych addidasach już pomału jej chlupało od nadmiaru wody, a przemoczona, skórzana kurtka, przykleiła się do jej ciała, uniemożliwiając wykonywanie większych ruchów. Nie miała dzisiaj za dużo roboty. Zaledwie kilka włamań, zgarnęła kilku ćpunów. Norma...
Czasem miała wrażenie, że to miasto funkcjonuje tylko nocą. Ludzie zaczynają wychodzić z domów, szykują się na imprezy, wszystkie światła nagle się rozbłyskują, zaczynają otwierać się wszystkie kluby... A dla niej oznacza to tyle, co więcej roboty dla biura. Ludzie klną na organy ścigania, a jak przyjdzie co do czego, do to nich wydzwaniają. Westchnęła. Kiedy zobaczyła wysoki, betonowy blok, piętrzący się aż ku nieboskłonowi, w duchu podziękowała Bogu, za to, że mieszka w miarę blisko agencji. Gdy doszła już do drzwi, wyjęła z torebki srebrne klucze i drżącą z zimna, bladą dłonią wsadziła je do zamka, na co ten wesoło zazgrzytał i dziewczyna mogła wejść. Przeszła obok starej, zardzewiałej już windy. Nawet nie pomyślała, żeby do niej wsiąść. Po prostu od lat była już nieczynna i przez tak długi okres nieużytkowania była już kompletnie zrujnowana. Jak cały ten budynek... z każdej ściany już dawno zaczął odpadać tynk, gówniarze z osiedla przychodzili tu co chwila i malowali po ścianach jakieś bazgroły a barierka przy schodach lada moment a rozleciałaby się komuś w rękach. Zresztą nie było jej stać na mieszkanie w lepszej okolicy. Ledwo starczyło jej na przeżycie do każdej wypłaty a co tu dopiero mówić o nowym mieszkaniu. Czwarte piętro, piąte piętro... doszła w końcu na siódme piętro i zauważyła nowe graffiti zaraz obok drzwi swojego lokum. Poprawiła tylko swoje kasztanowe włosy i westchnęła z zażenowania. Młodzież w tych czasach nie miała serio co robić... Ponownie wyjęła klucze i przekręciła zamek. Kiedy tylko otworzyła drzwi, od razu spowiła ją woń alkoholu. Więc ojciec znów pił. Zamykając drzwi, po omacku próbowała znaleźć włącznik światła, jednak po chwili uderzyła w coś stopą i przeżyła bliskie spotkanie z podłogą. Odgłos tłuczonego szkła odbił się echem od pustych ścian mieszkania na co Gildarts nagle się wzdrygnął. Obolała dziewczyna, miotając wiązanką przekleństw, wstała na równe nogi i uniosła jeszcze całą, pustą butelkę po whiskey do góry.
- Znów to samo, co? Szepnęła sama do siebie, kołysząc butelką, po czym zdjęła z siebie przemoczone ubrania i weszła do swojego pokoju po suchą odzież i ręcznik.
Czasem miała wrażenie, że to miasto funkcjonuje tylko nocą. Ludzie zaczynają wychodzić z domów, szykują się na imprezy, wszystkie światła nagle się rozbłyskują, zaczynają otwierać się wszystkie kluby... A dla niej oznacza to tyle, co więcej roboty dla biura. Ludzie klną na organy ścigania, a jak przyjdzie co do czego, do to nich wydzwaniają. Westchnęła. Kiedy zobaczyła wysoki, betonowy blok, piętrzący się aż ku nieboskłonowi, w duchu podziękowała Bogu, za to, że mieszka w miarę blisko agencji. Gdy doszła już do drzwi, wyjęła z torebki srebrne klucze i drżącą z zimna, bladą dłonią wsadziła je do zamka, na co ten wesoło zazgrzytał i dziewczyna mogła wejść. Przeszła obok starej, zardzewiałej już windy. Nawet nie pomyślała, żeby do niej wsiąść. Po prostu od lat była już nieczynna i przez tak długi okres nieużytkowania była już kompletnie zrujnowana. Jak cały ten budynek... z każdej ściany już dawno zaczął odpadać tynk, gówniarze z osiedla przychodzili tu co chwila i malowali po ścianach jakieś bazgroły a barierka przy schodach lada moment a rozleciałaby się komuś w rękach. Zresztą nie było jej stać na mieszkanie w lepszej okolicy. Ledwo starczyło jej na przeżycie do każdej wypłaty a co tu dopiero mówić o nowym mieszkaniu. Czwarte piętro, piąte piętro... doszła w końcu na siódme piętro i zauważyła nowe graffiti zaraz obok drzwi swojego lokum. Poprawiła tylko swoje kasztanowe włosy i westchnęła z zażenowania. Młodzież w tych czasach nie miała serio co robić... Ponownie wyjęła klucze i przekręciła zamek. Kiedy tylko otworzyła drzwi, od razu spowiła ją woń alkoholu. Więc ojciec znów pił. Zamykając drzwi, po omacku próbowała znaleźć włącznik światła, jednak po chwili uderzyła w coś stopą i przeżyła bliskie spotkanie z podłogą. Odgłos tłuczonego szkła odbił się echem od pustych ścian mieszkania na co Gildarts nagle się wzdrygnął. Obolała dziewczyna, miotając wiązanką przekleństw, wstała na równe nogi i uniosła jeszcze całą, pustą butelkę po whiskey do góry.
- Znów to samo, co? Szepnęła sama do siebie, kołysząc butelką, po czym zdjęła z siebie przemoczone ubrania i weszła do swojego pokoju po suchą odzież i ręcznik.
...
Siedział sam w salonie z tysiącem niepoukładanych myśli. Więc Cana wróciła? Pewnie znów mu się oberwie za bezsensowne upijanie, ale w tamtym momencie wszystko było mu obojętne. Upił łyka trunku i poczochrał swoje nieco opadające na twarz, pomarańczowe włosy. Po chwili jęknął żałośnie. Dlaczego to robił? Dlaczego pił? Z żalu? Goryczy? A może już wpadł w sidła nałogu? Nie miał pojęcia. Chciał po prostu zapomnieć, co wydawało się praktycznie niemożliwym. Spojrzał na złotą ramę, stojącą spokojnie na stoliku obok. Na zdjęciu była kasztanowo włosa kobieta o czarnych jak heban oczach i łagodnych rysach twarzy. Jego ukochana, jego najdroższa. Wyglądała jakby swoim radosnym spojrzeniem, chciała odwieść go od alkoholizmu. Ze szczerym, pięknym uśmiechem wystawiała przed siebie ramiona, jak gdyby chciała go przytulić. Znów chciał poczuć ciepło jej ciała, zadrżeć pod wpływem jej dotyku, wdychać jej cudowny zapach, czuć jej smak. Ujął ramkę w dłonie i mimowolnie smutno się uśmiechnął. Wpatrywał się intensywnie w zdjęcie kobiety, jakby chciał tym wywołać kolejną dawkę bólu w swoim sercu.
...
Weszła do salonu. I od razu rzucił jej się w oczy panujący tam bałagan. Po podłodze wszędzie walały się butelki po alkoholu, gacie, płyty, skarpety, kartony, pudła po pizzy i sterty brudnych ubrań. Nie chciała nawet wchodzić głębiej do pomieszczenia, gdyż smród otaczający je odrzucał ją już przy wejściu. Oparła się o framugę drzwi i skrzyżowała ręce na piersiach, przenosząc swoje karcące spojrzenie na ojca. Siedział skulony, całkiem bez życia. Nawet nie zwrócił uwagi na to, iż Alberona stoi tuż obok. Westchnęła.
- Znów się upijasz? Nie sądzisz, że to ciągłe chlanie jest bez sensu? Minęło już trzynaście lat.
- To bez znaczenia, ile czasu minie. Tęsknota zawsze pozostanie. Zrozumiesz, jak sama kogoś pokochasz - mruknął niedbale, wlewając sobie do ust kolejne tanie wino.
- Gildarts, weź się za siebie. Nie widzisz, że masz tu istny burdel na kółkach? Cicho westchnęła, widząc, że jej narzekania nic nie dają - Byłeś dzisiaj w biurze? Słyszałam, że szykuje się większa akcja.
- Nie byłem. Nie miałem siły.
- To weź chociaż sprzątnij. O mało co, te twoje butelki nie zabiły mnie przy wejściu Dziewczyna poprawiła włosy opadające jej na czoło i przymrużyła nieco oczy. - I weź w końcu przestań tak żłopać tego winiacza. Dobrze wiesz, że już same kilka dni bez alkoholu są dla mnie problemem, a co dopiero, kiedy pijak siedzi w domu, grzeje dupę na fotelu i cały Boży dzień chleje.
- Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że zapisałaś się na odwyk. Zaśmiał się pod nosem, wciąż głaskając kciukiem zdjęcie ukochanej - Największa pijaczka w całej agencji... kto by pomyślał.
- Zamknij się. Nie mam zamiaru skończyć jak ty, Gildarts. Powinieneś też się tam zapisać Warknęła, zrezygnowana zmierzając w kierunku swojego pokoju.
- Dlaczego nie mówisz do mnie ''tato''?
- Nie mam zamiaru ani ochoty. Nigdy tak się do Ciebie nie odezwę, nie zasługujesz na to, po tym co zrobiłeś i mnie i mamie. Syknęła, wchodząc do drugiego pomieszczenia.
Ostatnim co usłyszał, był tylko odgłos trzaśniętych drzwi i jak ściany zadrżały, pod wpływem siły z jaką dziewczyna je zamknęła. Dopił wino a pustą butelkę rzucił gdzieś w kąt, która rozbiła się na miliardy małych kawałeczków. Ściskając w dłoni swoje pomarańczowe włosy aż załkał cicho, pochylił się ku podłodze, jak gdyby ukłonił się swojej własnej, żałosnej głupocie. Szukał po omacku kolejnego wina, aż w końcu znalazł ostatnie jakie miał w zapasie, a po jego policzkach, popłynęły dwie szare, samotne łzy.
Siedział sam w salonie z tysiącem niepoukładanych myśli. Więc Cana wróciła? Pewnie znów mu się oberwie za bezsensowne upijanie, ale w tamtym momencie wszystko było mu obojętne. Upił łyka trunku i poczochrał swoje nieco opadające na twarz, pomarańczowe włosy. Po chwili jęknął żałośnie. Dlaczego to robił? Dlaczego pił? Z żalu? Goryczy? A może już wpadł w sidła nałogu? Nie miał pojęcia. Chciał po prostu zapomnieć, co wydawało się praktycznie niemożliwym. Spojrzał na złotą ramę, stojącą spokojnie na stoliku obok. Na zdjęciu była kasztanowo włosa kobieta o czarnych jak heban oczach i łagodnych rysach twarzy. Jego ukochana, jego najdroższa. Wyglądała jakby swoim radosnym spojrzeniem, chciała odwieść go od alkoholizmu. Ze szczerym, pięknym uśmiechem wystawiała przed siebie ramiona, jak gdyby chciała go przytulić. Znów chciał poczuć ciepło jej ciała, zadrżeć pod wpływem jej dotyku, wdychać jej cudowny zapach, czuć jej smak. Ujął ramkę w dłonie i mimowolnie smutno się uśmiechnął. Wpatrywał się intensywnie w zdjęcie kobiety, jakby chciał tym wywołać kolejną dawkę bólu w swoim sercu.
...
Weszła do salonu. I od razu rzucił jej się w oczy panujący tam bałagan. Po podłodze wszędzie walały się butelki po alkoholu, gacie, płyty, skarpety, kartony, pudła po pizzy i sterty brudnych ubrań. Nie chciała nawet wchodzić głębiej do pomieszczenia, gdyż smród otaczający je odrzucał ją już przy wejściu. Oparła się o framugę drzwi i skrzyżowała ręce na piersiach, przenosząc swoje karcące spojrzenie na ojca. Siedział skulony, całkiem bez życia. Nawet nie zwrócił uwagi na to, iż Alberona stoi tuż obok. Westchnęła.
- Znów się upijasz? Nie sądzisz, że to ciągłe chlanie jest bez sensu? Minęło już trzynaście lat.
- To bez znaczenia, ile czasu minie. Tęsknota zawsze pozostanie. Zrozumiesz, jak sama kogoś pokochasz - mruknął niedbale, wlewając sobie do ust kolejne tanie wino.
- Gildarts, weź się za siebie. Nie widzisz, że masz tu istny burdel na kółkach? Cicho westchnęła, widząc, że jej narzekania nic nie dają - Byłeś dzisiaj w biurze? Słyszałam, że szykuje się większa akcja.
- Nie byłem. Nie miałem siły.
- To weź chociaż sprzątnij. O mało co, te twoje butelki nie zabiły mnie przy wejściu Dziewczyna poprawiła włosy opadające jej na czoło i przymrużyła nieco oczy. - I weź w końcu przestań tak żłopać tego winiacza. Dobrze wiesz, że już same kilka dni bez alkoholu są dla mnie problemem, a co dopiero, kiedy pijak siedzi w domu, grzeje dupę na fotelu i cały Boży dzień chleje.
- Wciąż nie mogę uwierzyć w to, że zapisałaś się na odwyk. Zaśmiał się pod nosem, wciąż głaskając kciukiem zdjęcie ukochanej - Największa pijaczka w całej agencji... kto by pomyślał.
- Zamknij się. Nie mam zamiaru skończyć jak ty, Gildarts. Powinieneś też się tam zapisać Warknęła, zrezygnowana zmierzając w kierunku swojego pokoju.
- Dlaczego nie mówisz do mnie ''tato''?
- Nie mam zamiaru ani ochoty. Nigdy tak się do Ciebie nie odezwę, nie zasługujesz na to, po tym co zrobiłeś i mnie i mamie. Syknęła, wchodząc do drugiego pomieszczenia.
Ostatnim co usłyszał, był tylko odgłos trzaśniętych drzwi i jak ściany zadrżały, pod wpływem siły z jaką dziewczyna je zamknęła. Dopił wino a pustą butelkę rzucił gdzieś w kąt, która rozbiła się na miliardy małych kawałeczków. Ściskając w dłoni swoje pomarańczowe włosy aż załkał cicho, pochylił się ku podłodze, jak gdyby ukłonił się swojej własnej, żałosnej głupocie. Szukał po omacku kolejnego wina, aż w końcu znalazł ostatnie jakie miał w zapasie, a po jego policzkach, popłynęły dwie szare, samotne łzy.